Kiedy zacząłem eksplorować okolice Rożnova od strony północnej i zachodniej, nie wydały mi się jakoś specjalnie ciekawe. Los chciał, że jakiś czas temu w okolicznościach letnio-muzyczno-festiwalowych trafiłem na południe od Rożnova i poczułem, że muszę tu wrócić z rowerem. Przeczucie mnie nie myliło. Piękne trasy, zazwyczaj prowadzone asfaltem, hale z widokami jak w Beskidzie Niskim, przy czym góry trochę wyższe. Mało ludzi, krowy, owce, co kawałek drzewa uginające się pod ciężarem jabłek, wielkie dynie rosnące w ogrodach na zboczach pagórków. Jako, że trasę miejscami jechałem szlakiem pieszym zamiast rowerowym, sugeruje zabranie roweru MTB albo wprowadzanie gravela. Raz, że nie brakuje w tych górach ścianek o bardzo dużym nachyleniu, więc bez nóg jak koń raczej ciężko podjechać je na gravelowych przełożeniach. Dwa, że na tych kilku fragmentach podłoże jest mocno MTB i na gravelu będzie boleć. Generalnie mam odczucie, że w przeciwieństwie do Beskidu Śląsko-Morawskiego, góry Vsetyńskie często nie mają litości – trasy nie zawsze są prowadzone serpentynami, a raczej na rympał pod górę. Przy podjazdach nogi palą z bólu, a na zjazdach palimy klocki hamulcowe.
Opisana trasa ma tylko 55km, ale spokojnie zdążycie się zmęczyć. Samochód zostawiam na dojeździe z Trojanovic do Rożnova, na małym parkingu po lewej stronie. Możemy też zostawić w samym Rożnovie, ale wtedy nie zobaczymy ładnego zbiornika Lubina i przyjemnej ścieżki rowerowej biegnącej obok niego (tej z głównego zdjęcia). Z drugiej strony, przed samym Rożnovem ścieżka ta się kończy i ostatnie ok 2km jesteśmy zmuszeni jechać ruchliwą drogą bez pobocza. Tak, że wybór należy do Was.
Przejeżdżamy przez centrum Rożnova, po lewej mijamy Rożnovski browar, który można zahaczyć w drodze powrotnej i zaczyna się pierwszy krótki podjazd na trasie. Czas rozruszać nogi a na „szczycie” czeka nas namiastka widoków z dalszej części trasy, czyli pierwsze hale i wypasające się na nich owce. Po kilkuset metrach od szczytu mamy możliwość zjazdu w lewo na niebieski szlak pieszy i podjazd singletrackiem. Alternatywnie jeśli ktoś jedzie trasę na gravelu może nie zjeżdżać z trasy rowerowej i przejechać naokoło w kierunku przystanku autobusowego „na Horach” asfaltem. Stamtąd już tylko kawałek do Valaskiej Bystrzycy. W centrum miałem dylemat, którą ściężkę rowerową wybrać dlatego wybrałem pieszą czerwonym szlakiem 🙂

Za urzędem gminy i barem zaczyna się piekło. Stroma ścianka na której jedyne co dawało nadzieję to to, że podjeżdżam ją na MTB z większymi zębatkami a nie na gravelu. Wbrew temu, czego można się spodziewać po szlaku pieszym – podjeżdżamy asfaltem, ale już nachylenie jest jak najbardziej górskie i charakterystyczne dla tych okolic, jak pisałem wcześniej. Za szczytem o nazwie Burov kończy się czarny dywan i wjeżdżamy w szuter z kamieniami, ale bez żadnych hardcorów typu piesze szlaki Beskidu Żywieckiego. Czeka nas jeszcze kilka szutrowych podjazdów i zjazdów, ale już bez większych nachyleń jak na początku. W końcu dojeżdżamy do większej asfaltowej drogi i skręcamy w prawo. Nie wiem jaki będzie stan drogi w momencie kiedy to czytacie, ale kiedy jechałem był to idealny, świeżo wylany asfalt jak z szosowego raju. Samochodów niewiele i szybki zjazd szerokimi serpentynami w dół. Mięśnie mają chwilę, żeby odpocząć zanim odbijemy w prawo w kierunku Santova. Czeka nas kolejny podjazd tego dnia, pustą, w miarę stromą drogą, aż po samą gospodę Santov. Na górze w nagrodę piękne widoki na okoliczne halę pełne krów i całkiem dobre jedzenie. Jak w każdej gospodzie w Czechach możemy wypić lane piwo bezalkoholowe. Tydzień później jechałem Alpe-Adria i musze przyznać, że pomijając brak strzelistych alpejskich szczytów, to krajobraz na tej trasie momentami przypominał mi Austrię. Szczególnie przez ilość wypasających się krów, owiec, które bardzo lubię spotykać na trasie. Ich powolna energia działa leczniczo na przebodźcowany tygodniem pracy mózg. Zjeżdżamy na dół stromym asfaltem, pomimo, że warunki kuszące to radzę zbytnio się nie rozpędzać, ponieważ co jakiś czas mijamy jadące z naprzeciwka samochody, a droga zbyt szeroka nie jest. Od gospody w dół do Valasskiej Bystrzycy, to dla mnie jeden z ładniejszych odcinków na tej trasie. Poza zwierzętami mijamy uginąjące się od jabłek sady i ogrody na stromych zboczach pełne wielkich dyń o których pisałem już wcześniej.


Dojeżdżamy do głównej drogi i odbijamy w prawo. Po kilku kilometrach mijamy ponownie urząd gminy i zamykamy jedną pętle, zaczynają kreślić drugą pętlę ósemki, którą zrobimy tego dnia. Musimy przebić się z powrotem do Rożnova, więc tak jak poprzednio czeka nas trochę wzniesień do pokonania. Z głównej drogi odbijamy w lewo i zaczynamy podjeżdżać pod Kiczery. Całe góry Vsetyńskie to ciągłe góra-dół, trochę jak na Jurze Krakowsko- Częstochowskiej, tylko tutaj podjazdy i zjazdy są nieporównywalnie stromsze i dłuższe. Na Kiczerach robimy sobie przerwę na dokończenie zapasów jedzenia, potem czekają nas ostatnie górki, ostatnie kojące widoki i długi zjazd do Rożnova. Polecam tą trasę jak najbardziej. Nogi będą boleć ale warto – 5/5.

