Kanał Baty

W święta wielkanocne postanowiłem przyspieszyć trochę przyjście wiosny i wyrwaliśmy się z jeszcze mało wiosennego Beskidu Żywieckiego w okolice Kanału Baty. Tak jak podejrzewałem czym bliżej byliśmy miejsca docelowego tym więcej było kolorów, kwitnących drzew i długo wyczekiwanej zieleni.

Czy już pisałem, że nienawidzę zimy?

Bazą wypadową była Ostrozska Nova Ves. Nocowaliśmy na kempingu Slovacky Dvur. Koszt noclegu dla 2 osób i vana to ok 70 zł za noc. Pogoda dopisała, nie licząc bardzo silnego wiatru. Jako baza noclegowa jest to spoko miejscowość, blisko do Uherskego Hradiste. W okolicy są przynajmniej 3 lokale w których można cos zjeść i napić się piwa alko/nealko. Wspomniana gastronomia to raczej klimat lat 90-tych jak to często bywa w Czechach, ale też nie ukrywam, że właśnie dlatego lubię tam jeździć. Można przenieść się w czasie do lat kiedy świat był trochę mniej złożony. Czesi w takich miejscach, pomimo hektolitrów pitego piwa od wczesnych godzin porannych, zazwyczaj są o wiele przystępniejsi niż nasi rodacy i co ważne, o wiele rzadziej kręcą awantury czy piłują ryja pod wpływem. Wiadomo jak jest – wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Mój ulubiony lokal w tamtych okolicach to ten na stacji kolejowej. Wizualnie raczej dla koneserów najnitsów. W ogródku jest wszystko – fontanna z betonowych płyt chodnikowych, plastikowe zjeżdżalnie dla dzieci obok stolików zajętych przez miejscowych amatorów wlewania w siebie bajkowego nastroju i tysiąc innych dziwnych przedmiotów nieznanego zastosowania. Obsługa super miła, ceny przystępne, lokalne piwo i niealko napoje, a do tego cała lista tradycyjnych czeskich tłustych przekąsek. W gratisie dosłownie kilka metrów za plecami, co jakiś czas podjeżdża pociąg, a na ławkach wylegują się miejscowe kotki. Jestem prostym człowiekiem, widzę gdzieś właścicieli dbających o dzikie kotki, zakładam, że to dobrzy ludzie – zazwyczaj się sprawdza. Po drugiej stronie ulicy mamy też lokal przy miejscowym boisku, klimat podobny, również bardzo miła obsługa, również polecam.

Okolica jest dobrą bazą wypadową na okoliczne trasy. Jestem tam nie pierwszy raz, więc tutaj akurat opiszę jedną trasę, w dużej części wzdłuż kanału Baty, ale dookoła jest ich dosyć dużo. Ja jechałem na południe, ale można też skierować się na północ i zrobić rundę do Kromieryża przez Uherske Hradiste.

Ruszamy z Ostrozskiej Novej Vsi, początek trasy prowadzi wzdłuż industrialnego terenu, pól a następnie nieskiej zabudowy mieszkaniowej. Ciekawsze widoki zaczynają się dopiero od Uherskiego Ostroha. Gdybym nie spał na wspomnianym wcześniej campingu pewnie tutaj zaczynałbym trasę. Warto przejechać przez most żeby zobaczyć centrum miejscowości. Po prawej piękny nieczynny browar a dalej ładny „rynek” z klimatyczną restauracją i oldschoolową witryną nieczynnego sklepu.

Nieczynny browar
Uhersky Ostroh

Jedziemy dalej znowu wśród pół i niskiej zabudowy w kierunku miejscowości Veseli nad Moravou. Dopiero tam zobaczymy kanał Baty w pełni, ale najpierw miniemy piękny pałac z XIII w. Niestety w tych okolicach tak jak i w Polsce chyba nikt nie słyszał o instytucji konserwatora zabytków. Dlatego za pięknym zabytkowym pałacem, w odległości kilkudziesięciu metrów powstała nowoczesna marina i apartamenty. Objeżdżamy marinę i pomnik patodeweloperki, żeby wjechać nad właściwą część kanału Baty. Po kilku miesiącach ciemniej zimy, łysych drzew i absolutnego braku barw, mózg wariuje od nadmiaru bodźców. Zapach kwitnących drzew, słońce, panowie leniwe piją kawę na pokładzie a ja mam obawy czy nie przedawkuję kolorów po tylu miesiącach apatii. Jedyny minus to wiatr prosto w twarz.

Veseli nad Moravou

Jadę dalej wzdłuż kanału, mapa mówi, że w pewnym momencie muszę przeciąć kanał, po jakimś czasie przy kolejnym moście zauważam, że pan przede mną zawraca. Czytam na tablicy że most zamknięty, ale za to kolejny to już na pewno otwarty i że czeka nagroda. No to jadę. Przy następnym moście, okazuję się, że z ta nagrodą to trochę ściema, bo bar który miał nią być jest nieczynny. Most nieczynny również… Sprawdzam mapę po raz kolejny, widzę kolejny most za kilkaset metrów. Jadę przez las, ludzi kompletne zero, na drzewach wisi baba jaga realnych rozmiarów, która prawie przyprawia mnie o zawał serca. Niedaleko pozostawiane pięknie udekorowane miski dla zwierząt i obrazy na drzewach… jest ciekawie, trochę creepy. Kolejny most okazuje się jakąś zamkniętą śluzą, na którą nie da się wjechać, a zaraz za nią trasa odbija i zawraca… Dojechałem do cypla. Jako, że nienawidzę cofać się tą samą trasą, to tym razem cofam się, ale przynajmniej inną trasą. Po kilku kilometrach orania po trawie i koleinach wyjeżdżonych przez traktory w końcu dojeżdżam do mostu, wcześniej jeszcze jakiś czas dziki zając prowadzi mnie przez las. To chyba popularne tu zwierzęta bo spotkam jeszcze kilka (albo za intensywnie eksperymentowałem z różnymi specyfikami w młodości).

Wjeżdżam do miejscowości Straznice. W centrum ładny wielki park i tradycyjnie zamek. Obok zamku bardzo duży camping. Za parkiem zjeżdżam zjeść coś na ławeczce przed kościołem. Nadal ludzi prawie zero, cisza spokój. Klimat jak na ulubionych zadupiach w Katalonii a nie w Czechach. Trochę żartuję, Czechy mniej egzotyczne, ale właśnie ta pustka w miejscach gdzie w Polsce były by tłumy, ciągnie mnie tam co weekend od kilku lat.

Wyjeżdżam ze Strażnic, najpierw niezbyt urodziwa droga obok jakiejś mleczarni, zapachy też niezbyt. Odbijamy od kanału i uderzamy na wzgórza, niezbyt wysokie, ale za to cóż ta są za wzgórza proszę Państwa. Całe porośnięte winoroślami niczym przy winnych ścieżkach w okolicach Mikulova czy Znojma. Tyle, że tutaj to nie są duże gospodarstwa a raczej odpowiedniki polskich ogródków działkowych, no może o trochę większej powierzchni i bez polskiego natężenia ogrodzeń. Każda rodzina ma tutaj własną działkę z winoroślami lub sadem i przy niej mały domek. Eksploruje te wzgórza jeszcze kilka kilometrów, bardzo klimatycznie. Są to jedyne podjazdy podczas całej trasy, jak można się domyślić trasa wzdłuż kanału jest kompletnie płaska.

Zostawiamy winnice za sobą, wjeżdżamy na „szczyt” Żerotin o wysokości 322m, stamtąd czeka nas przyjemny zjazd polną drogą i powrót asfaltem w kierunku Veseli na Moravou. Poza miejscowością o ciekawej nazwie Kozojedki, kilkoma kilometrami betonowych płyt, niewiele z ostatnich kilometrów jest warte wspomnienia, ale i tak jest przyjemnie, słońce świeci a i wiatr daje żyć albo po prostu wieje w plecy. Po drodze jeszcze postój w Veseli nad Moravou na uzupełnienie węglowodanów w budce z lodami. Trasę polecam jak najbardziej chociaż tak jak wspomniałem wcześniej, nie wiem czy nie zacząłbym jej od Uherskiego Ostroha.

Total distance: 61.47 km
Max elevation: 361 m
Min elevation: 203 m
Total climbing: 438 m

Dodaj komentarz